powrót

Maroko 2012

Img_3998_2_small
Farbiarnie w Fez.

     Hotel Central, będący w rzeczywistości hostelem, w którym spędziliśmy naszą jedyną noc w Casablance miał jedną dużą zaletę: wielkie narożne okno balkonowe, z którego rozciągał się widok na medinę, port i ocean. Panorama jak ze słynnego filmu, choć „Casablankę” nagrywali podobno nie tutaj tylko w studio w Hollywood. Casablanca jako miasto nie robi większego wrażenia ale jest tu kilka rzeczy do zobaczenia.

     Zwiedzanie warto zacząć od spaceru po medinie co jest przeżyciem samym w sobie. Dookoła labirynt, wszędzie mnóstwo drzwi, ludzi, motorów, rowerów, osiołków i sklepików w oknach. Biegające wszędzie dzieci, psy i kury dopełniają obraz lekkiego chaosu tworząc niesamowity charakter tego miejsca. W Casablance nie ma zbyt wielu turystów więc można zobaczyć jak żyją tu zwykli ludzie. Ci w medinie zajęci są noszeniem tac z chlebem do pieczenia, wołaniem na dzieci, pędzeniem gdzieś na motorku lub rozmowami (choć to raczej tylko panowie). Świetnie orientują się w gmatwaninie bardzo wąskich uliczek, wijących się w różne strony – dla przybysza stracenie orientacji to tylko kwestia czasu. My o drogę do meczetu pytaliśmy na każdym skrzyżowaniu ulic i udało nam się tam dotrzeć tylko dzięki pomocy lokalnego rzeźnika, który dumny ze swojego francuskiego wytłumaczył nam dokąd mamy iść. Próbował też nauczyć nas kilku słów takich jak: w prawo, w lewo, prosto, pokazując przy tym w uśmiechu swoje bielutkie zęby. Nie najlepiej szło nam ich zapamiętywanie bo żadne z nas nie mówi po francusku ale na miejsce dotarliśmy.

     Włócząc się tak po medinie i zajadając chlebek posypany bardzo smaczną białą przyprawą przypominającą piasek, doszliśmy do głównej atrakcji Casablanki czyli meczetu Hassana II. Drugi co do wielkości meczet na świecie (największy jest w Mekce) robi wrażenie nie tylko rozmiarem gmachu ale też estetyką, dekoracjami i rzeźbieniami. Gigantyczne drzwi z brązu z rozetami z kolorowego szkła pną się wysoko w górę. Przed wejściem rozpościera się duży plac ozdobiony patio, arkadami, łukami i fontannami. Nad całością góruje 200 metrowy minaret pokryty płaskorzeźbami i wzorami w arabskim stylu. Meczetu nie udało nam się zwiedzić wewnątrz (najbliższe zwiedzanie z przewodnikiem – jedyna opcja bo samemu zwiedzać nie można – była za kilka godzin kiedy to odjeżdżał nasz autobus do Marrakeszu). Zadowoliliśmy się więc podziwianiem go z zewnątrz.

     Na obiad warto wybrać się do lokalnej jadłodajni. My trafiliśmy do takiej, którą polecił nam kelner z naszego ho(s)telowego baru. Przy stolikach siedzieli sami miejscowi co dobrze o knajpie świadczyło już na wstępie. Przy zamawianiu okazało się, że podają tu tylko jedno danie: wielki talerz smażonych ryb i krewetek oraz pieczywo i sos pomidorowy. Zamawiając wystarczyło tylko powiedzieć dla ilu osób – z tym poszło nam łatwiej niż z francuskim. Było pyszne!

W stronę Marrakeszu

     Podróż Casablanca – Marrakesz to 3 godziny w raczej wygodnym autobusie. Pierwszy widok jaki ukazuje się wjeżdżającym do tego miasta to jednokolorowe (bladopomarańczowoceglaste) ciągnące się wzdłuż ulic budynki stanowiące monolit stylistyczno-architektoniczny. Z dworca usiłowaliśmy pojechać miejskim autobusem ale ustalenie skąd i kiedy jakiś odjeżdża w końcu nas przerosło i pojechaliśmy taksówką na główny plac Jamaa el Fna. Plac wpisany na listę UNESCO, jest instytucją samą w sobie. Żyje 24 godziny na dobę. Przewija się prze niego niewiarygodna masa ludzi – na piechotę lub na motorkach, skuterach, osiołkach, rowerach czy bryczkami. Wszędzie bary i stragany z owocami, trunkami, mięsem, rybami czy przyprawami. Uliczni mistrzowie z wężami i małpami. Oczywiście każdy ma do zrobienia jakiś interes. Brnęliśmy sobie przez ten plac i jego zakamarki szukając naszego hostelu – czyli riadu – ale bez większych sukcesów nawigacyjnych, kiedy to przyplątał się do nas młody chłopak ofiarujący swoją pomoc. Słabo mu szło tłumaczenie (lub nam rozumienie) więc zaproponował, że nas zaprowadzi do miejsca którego szukamy. Daleko nie było ale w wąskich i licznych uliczkach mediny za pierwszym razem łatwo się zgubić. U celu nasz przewodnik za swoją pomoc nie omieszkał zażądać opłaty. Swój spacer wycenił na 5 Euro, co nas zdziwiło bo za taxi z dworca zapłaciliśmy 2 Euro. Zaproponowaliśmy 10 dirhamów (1 Euro), a że nie mieliśmy zamiaru się targować to na tej kwocie stanęło co miejscowy przyjął z widocznym niezadowoleniem.