powrót
14.02.2015

ZUPEŁNIE INNE CHINY

Prowadzi_motocykl_ka_dy_uczy_si_od_najm_odszych_lat_
Prowadzić motocykl każdy uczy się od najmłodszych lat.

     Jak popatrzeć na mapę, to na północ od Chengdu długo, długo nie ma nic. I to właśnie była dla nas najlepsza rekomendacja żeby się tam wybrać.

     Kiedy już zobaczyliśmy pandy, świątynie i herbaciarnie w Chengdu, nadszedł czas żeby ruszyć dalej. Naszym celem był Pekin, ale mieliśmy jeszcze sporo czasu więc postanowiliśmy powałęsać się trochę po  Syczuanie. To był strzał w dziesiątkę. Jeśli ktoś chce się poczuć w Chinach jak podróżnik powinien pojechać właśnie tam. Dlaczego? Bo to tereny piękne, trochę dzikie i bardzo oryginalne. Nie ma turystów, jest za to przyroda, wioski i klasztory. Takie, które jeszcze nie stały się turystycznymi atrakcjami. Choć należy tu podkreślić „jeszcze”.

     Można tam również, podobnie jak w okolicach Shangri-La, poznać nieco kultury tybetańskiej, bo choć tereny te nie leżą w granicach Tybetańskiego Regionu Autonomicznego to są zamieszkane nawet w 80% przez ludność tybetańską i widać to od razu: zamiast miast – wioski z namiotów, zamiast samochodów – stada jaków, zamiast mody z zachodu – tradycyjne stroje. Odkrywanie „tybetańskości” w ten sposób może nie zastąpi zwiedzania Pałacu Potala w Lhasie ale daje nadspodziewanie dużo możliwości obcowania z tą kulturą. Dla nas przyjazd tu z Chengdu był jak podróż do innego świata. W jeden dzień zamieniliśmy widok wieżowców w centrum miasta na namioty ustawione gdzieś u podnóża góry, na szczycie której w słońcu błyszczy się dach klasztoru.

     Pierwszy raz zetknęliśmy się z kulturą i mieszkańcami tego regionu w otoczonej pięknymi górami i znanej z trekkingów na koniach miejscowości Songpan. Tutejsi z wyglądu przypominają Mongołów, z ubioru muzułmanów. Szybko okazało się, że to nie przypadek. W Syczuanie żyje sporo wyznawców Allaha, a w większości miejscowości można łatwo znaleźć meczet. Mongolskie rysy zaś, to efekt położenia wysoko w górach, gdzie w bezchmurny dzień słońce mocno razi w oczy, a wiatr dmucha zimnem i kurzem. Songpan choć nie jest urocze jest ciekawe i przede wszystkim zdecydowanie bardziej autentyczne niż takie miejsca jak Dali czy Lijiang.

     Samą miejscowość trudno opisać, tak jak trudno uchwycić na czym polega jej czar. Nie jest chińska, jest jakaś lokalna, ma swój koloryt. Tak jakby zachowała się kultura tego miejsca i nie dała się zmienić. Większość mieszkańców nosi tradycyjne nakrycia głowy, a często nawet całe szaty o niespotykanych, intensywnych kolorach i wzorach, jakich nie widzieliśmy nigdzie indziej w Chinach. Spora grupa starszych kobiet przesiadywała na murku przy wejściu na, swego rodzaju, starówkę, kręcąc tybetańskimi młynkami lub modląc się trzymając w ręku coś na kształt różańca. Miasteczko gdzie turystyka dopiero kiełkuje jest doskonałym miejscem żeby po prostu przejść się główną ulicą i poobserwować ludzi. Nie brakuje eleganckich pań wracających z zakupów i starszych osób prowadzących dyskusje na ulicy. My jakoś nie wzbudzaliśmy ani wielkiej ciekawości ani specjalnego poruszenia. Najczęściej mieszkańcy Songpan po prostu się do nas uśmiechali.

     Songpan nie było jednak jedyną ciekawostką w okolicy. Jechaliśmy przez te chińskie, zimne stepy nie spiesząc się wcale więc gdy tylko nadarzyła się okazja, a nadarzyła się prędko, zatrzymaliśmy się w malutkiej wiosce. Na nasz widok mieszkańcy wylegli z wszystkich pięciu namiotów postawionych na środku równiny. Chwilę się nami interesowali, poczęstowali jogurtem z mleka jaka po czym zajęli się swoimi sprawami. Wbrew pozorom mieli co robić. Mówili przede wszystkim w swoim języku więc nawet Chińczycy, z którymi akurat podróżowaliśmy autostopem, mieli problem żeby się z nimi dogadać. Przez chwilę poczuliśmy się jakbyśmy w ogóle nie byli w Chinach. Przestrzeń, natura, a dookoła ludzie o mongolskiej urodzie, mocno opalonych od słońca twarzach i w koszulach o bardzo długich rękawach, znacznie dłuższych niż ręce.