powrót
27.06.2013

Cairns. Widok z 15000 stóp

Pilot_te_chce_wr_ci_do_domu_
Gotowi. Jeden spadochron wystarczy.

     Po kilku tygodniach wałęsania się po pustej i często bezludnej centralnej Australii dotarliśmy na wschodnie wybrzeże. I to od razu do turystycznej mekki tego regionu czyli do Cairns.

     Przyciągnęły nas tutaj trzy rzeczy: Wielka Rafa Koralowa, o której więcej napisała Marta, tropikalne lasy deszczowe oraz skoki ze spadochronem. Jednak zanim zaczęliśmy cokolwiek zwiedzać zderzyliśmy się z turystyczną machiną miasta. Hostele, restauracje, agencje turystyczne i sklepy z pamiątkami są tu na każdym kroku. Wróciliśmy więc do cywilizacji ale też i do tłoku, turystów oraz wszelkich możliwych związanych z takim miejscem atrakcji. Mimo to poczuliśmy się tutaj jak na wakacjach. Słońce i palmy zawsze tak nam się kojarzą. Poddając się ogólnemu nastrojowi zarezerwowaliśmy więc nurkowanie na rafie i postanowiliśmy poszukać jakiejś przyjemnej restauracji. Po tygodniach na kempingach chcieliśmy jakiejś odmiany.

     Zwiedzanie zaczęliśmy jednak nie od rafy ale od lasów tropikalnych. Wybraliśmy się na północ do Parku Narodowego Daintree oraz na Cape Tribulation. Ciekawostką miejsca jest to, że lasy deszczowe dosłownie wchodzą tu do oceanu. Widoki ładne, ale nie jest to miejsce zapierające dech w piersiach. Sam las deszczowy to coś dla koneserów przyrody. Nie ma tu za wiele zwierząt ale występują rzadkie rośliny i drzewa. Nam wystarczył jeden spacer. Za to po drodze jadąc do parku Daintree poczuliśmy się trochę jak na Kubie. A to dlatego, że kilometrami ciągnęły się pola trzciny cukrowej, a obok biegła linia wąskotorowej kolejki przewożącej trzcinę do portu w Townsville. Jak sie później dowiedzieliśmy Australia jest 9. producentem trzciny cukrowej na świecie. Rocznie zbiera się tutaj kilkakrotnie więcej ton niż na słynącej z cukru wyspie braci Castro. Choć do największego producenta, Brazylii, to jeszcze Australijczykom daleko to faktycznie łatwo zauważyć, że jest to tutaj niezły biznes. Co kilka kilometrów między polami widać było bramę, aleję wysokich palm i elegancką willę w głębi. Najwyraźniej na trzcinie zbudowano tu niejedną fortunę.

     Drugi dzień w Cairns spędziliśmy na rafie, a ostatni zarezerwowaliśmy sobie na najmocniejsze przeżycia. Postanowiliśmy wybrać się na skoki spadochronowe. W tandemie oczywiście. Marta skoczyła już w Nowej Zelandii więc wiedziała co ją czeka, dla mnie był to pierwszy raz. Przed skokiem jakoś się nie stresowałem. Dopiero w samolocie gdy uświadomiłem sobie, że trzeba będzie z niego wyskoczyć poczułem adrenalinę. Szczególnie, że uznaliśmy, że jak spadać to z wysokiego konia i zafundowaliśmy sobie skok z 15000 stóp (czyli ponad 4,5 km). Choć prawdę mówiąc gdy byłem w górze nie robiło mi to już żadnej różnicy. Samego przeżycia nie da się opisać. Jestem też przekonany, że każda osoba przeżywa taki skok inaczej więc trzeba po prostu spróbować, żeby wiedzieć co się czuje lecąc 200 km/godz. ku ziemi. Dla mnie najbardziej ekscytującym i jednocześnie najbardziej przerażającym momentem była chwila wyskakiwania z samolotu. Nawet gdy siedziałem już na zewnątrz przypięty do instruktora nie było jeszcze tak „strasznie” jak w momencie kiedy znaleźliśmy się w powietrzu. Nie umiem powiedzieć co było dalej, chociaż byłem bardzo świadomy tego co się dzieje. Emocje są tak silne, że nie sposób wtedy myśleć, a krzyk sam wyrywa się z piersi. Było to niewątpliwie najmocniejsze przeżycie jakiego kiedykolwiek doznałem. Nie wiem czy zdecydowałbym się na taki skok jeszcze raz, ale jestem bardzo zadowolony, że tego spróbowałem.

     Jak widać w Cairns każdy może znaleźć coś dla siebie. Od mocnych wrażeń przez nurkowanie na rafie po leniuchowanie na plaży. Mi oczywiście to miasto będzie już zawsze kojarzyło się ze skokiem ze spadochronem ale zapewniam, że ma ono dużo więcej do zaoferowanie. Sprawdźcie sami.