powrót
12.06.2013

"Biały człowiek w dziurze"

A_oto_coober_pedy_
A oto Coober Pedy.

     Dziki Zachód we współczesnym wydaniu, domy wykute w skałach i liczący na szczęście poszukiwacze dotknięci gorączką opali. Oto Coober Pedy, którego nazwa jest angielską wersją aborygeńskich słów kupa piti oznaczających „biały człowiek w dziurze”.

     Planowaliśmy zatrzymać się tutaj tylko na jedną noc w drodze na północ do Uluru, ale szybko przekonaliśmy się, że warto zostać dłużej i zobaczyć to dziwne miasto. Jest ono zaskakujące i osobliwe na każdym kroku. Po pierwsze tylko niewielka jego część mieści się na powierzchni, większość domów (zwanych tutaj digout) wykopana jest w ziemi, a dokładniej mówiąc we wzgórzach. Wyobrażałem je sobie jako mało przyjemne miejsca do życia dopóki nie zobaczyłem takiego mieszkania wewnątrz. Okazało się przestronne, ładnie umeblowane i przyjemne. Światło dzienne wpada do niego przez specjalnie wykute kominy. Zaś ściany są ze skał co też ma swój urok i klimat. Niektóre domy w Coober Pedy są wręcz luksusowe. Nasz kemping też znajdował się pod ziemią. Po raz pierwszy zdarzyło nam się nocować w takim miejscu i było to przeżycie ciekawe. Taki kemping ma swoje plusy. Kiedy w nocy wiał wiatr i padał deszcz nasz namiot stał sobie spokojnie pod skalistym stropem.

     Jednak to co przyciąga ludzi do Coober Pedy to nie domy pod ziemią lecz opale. Ten rejon jest w nie bardzo bogaty, a każdy może spróbować szczęścia w poszukiwaniu. Wystarczy wykupić licencję, a następnie wyznaczyć i zarejestrować swoją działkę o wymiarach 100 na 100 metrów. Teren ma się do dyspozycji przez 12 miesięcy. Można tam sobie kopać do woli, licząc na szczęście. Opali bowiem nie można wykryć żadną technologią. Wiadomo, że są gdzieś tam pod ziemią ale nikt nie umie powiedzieć dokładnie gdzie. Więc każdy ma równe szanse zostać bogaty. Przynajmniej teoretycznie. Nie wolno jednak kopać gdzie popadnie. Swoją działkę do poszukiwań można wyznaczyć na specjalnie przygotowanym terenie obok miasteczka. Jest też miejsce gdzie każdy ma wstęp i może po prostu pójść z łopatą i szukać.

     Miasto nie ma długiej historii. Powstało niecałe sto lat temu gdy okazało się, że okolica są opale. Pierwsi osadnicy szukali tu złota ale zamiast niego znaleźli inne skarby. Początki musiały być trudne bo miasto znajduje się pośrodku pustyni, gdzie nawet woda jest luksusem. Elektryczność pojawiła się tutaj w latach 70-tych, a drogę wyasfaltowano kilkanaście lat później. Jednak poszukiwacze fortuny jakoś sobie radzili, a gorączka opali była na tyle silna, że trzymała ich na miejscu. Również teraz gdy tylko zdarzy się jakieś większe odkrycie, o którym napiszą w gazetach od razu populacja Coober Pedy wzrasta dwukrotnie.

     Dziś idąc przez to kilkutysięczne miasteczko ma się dziwne wrażenie, że przeniosło się w czasie. Ludzie z lekkim obłędem w oczach, samochody tylko terenowe, sceneria jak z Mad Maxa lub Priscilli królowej pustyni. Nie sądzę, żebym chciał w takim miejscu mieszkać choć spotkaliśmy ludzi, którzy w Coober Pedy zakochali się od pierwszego wejrzenia. Słyszeliśmy też historię niejakiej Faye Nayler, która przyjechała tu w wieku 27 lat, założyła mały biznes, wykopała własny dom i została jedną z najbardziej znanych mieszkanek miasta. Jeśli ktoś przejeżdża przez Coober powinien wybrać się na zwiedzanie jej domu, w którym znajduje się m.in. podziemny basen.

     Coober Pedy to miejsce niezwykle oryginalne i bardzo autentyczne. Choć nikt nie chodzi tu po ulicy z coltem za pasem to miasto bardzo przypomina Dziki Zachód i gorączkę złota. Tyle tylko, że tutaj wszyscy szukają opali.